Miała zostać w Polsce na zawsze. Lubiła pracę w sklepach obuwniczych i odzieżowych, zajmowała się grafiką komputerową, a zagraniczne wyjazdy traktowała jako krótkie epizody. Norwegia interesowała ją przede wszystkim jako miejsce, które kiedyś chciałaby zobaczyć. Tymczasem planowany weekend zamienił się w pobyt liczony w latach.
W rozmowie z Radiem Wataha Paulina z Ålesund opowiada o tym, jak znalazła się na norweskim wybrzeżu, uczyła się pracy przy wykończeniach i po rozstaniu zaczęła budować własny krąg znajomych. Z jej historii wyłania się też obraz miejscowej Polonii - spotykanej na treningach, zakupach i przy wspólnym stole po niedzielnej mszy.
Najpierw były książki, potem bilet do Norwegii
Zanim pomyślała o przeprowadzce, czytała norweską sagę. Opisy dawnych historii, twierdz i zamków rozbudziły jej ciekawość kraju.
- Kurczę, kiedyś będę chciała odwiedzić Norwegię - wspomina swoją ówczesną myśl.
Później poznała chłopaka, który wybierał się właśnie do Norwegii. Zaczęli pisać i rozmawiać. Postanowiła go odwiedzić. Najpierw mówiła o weekendzie, później o tygodniu lub dwóch. Jeszcze przed podróżą pojawił się pomysł, żeby znaleźć pracę i trochę dorobić.
Nie czekała, aż wszystko zorganizuje się samo. Przeglądała grupy na Facebooku, dzwoniła, pisała do ludzi i pytała o różne zajęcia - od sprzątania po prace wykończeniowe.
Przyleciała 23 września, dzień po swoich urodzinach. Jak mówi, zrobiła sobie w ten sposób urodzinowy prezent. Kilka dni później zobaczyła pierwszą zorzę polarną.
Z grafiki komputerowej do wykończeniówki
Z wykształcenia jest grafikiem komputerowym. Przed wyjazdem pracowała w handlu i dodatkowo wykonywała prace graficzne. Z czasem poczuła jednak, że zawodowe projektowanie zabiera jej zbyt dużo twórczej energii. Własne pomysły i oczekiwania klientów nie zawsze się spotykały.
Grafikę postanowiła zostawić sobie jako zajęcie dodatkowe, bardziej hobbystyczne. W Norwegii spróbowała czegoś zupełnie innego.
Zaczęła pracować przy wykończeniach. Malowanie, gruntowanie, fugowanie czy wykonywanie membran — wszystkiego uczyła się od podstaw.
- Oni mnie uczyli wszystkiego od podstaw tak naprawdę — opowiada.
W jej wspomnieniach mocno wybrzmiewa gotowość do nauki. Uważa, że kobiety mogą dobrze odnaleźć się także w takich zadaniach. Sama bardzo chciała spróbować i zdobywała kolejne umiejętności w praktyce.
Miesięczny pobyt przedłużył się do dwóch miesięcy. Z chłopakiem, do którego przyjechała, zostali parą. Związek później się zakończył, ale Paulina nadal widzi w tym spotkaniu ważny początek swojej norweskiej historii.
- Był taką inspiracją i myślę, że jednak po to pojawił się w moim życiu, żeby być tym takim impulsem do zmiany.
„Dobra, jeszcze jeden rok”
Zapytana o długość pobytu, Paulina śmieje się z własnych kolejnych deklaracji. Zamiast jednej decyzji o pozostaniu na zawsze były następne lata, na które dawała sobie zgodę.
- Co roku zawsze mówiłam: „Dobra, jeszcze na rok. Dobra, jeszcze jeden rok”.
W rozmowie mówi już o piątym roku swojej norweskiej historii. Nie przedstawia go jako czasu pozbawionego trudności. Wspomina zmiany, rozstanie i momenty, kiedy trzymała się bardziej na uboczu. Mimo tego na pytanie, czy ponownie wybrałaby wyjazd, odpowiada bez wahania: tak.
- Jest tu mi zdecydowanie łatwiej i lżej jakoś tak.
Ålesund: widoki, dla których warto się zatrzymać

Kiedy pytamy, co pokazałaby osobie przyjeżdżającej w jej okolice, jako pierwszą wymienia Akslę.
- Na pewno punkt widokowy Aksla to jest top number one, to trzeba zobaczyć.
W opowieści Pauliny o Ålesund ciągle powraca bliskość przyrody. Góry, fiordy, morze i miejsca, w których można wyjść na spacer, są dla niej ważną częścią codzienności.
Docenia też ciszę i spokojniejsze tempo. Zimą nie zniechęcają jej ani ciemność, ani pogoda. Zaznacza, że sama dobrze się w tych warunkach odnajduje.
Po przyjazdach do Polski bywa natomiast przebodźcowana. Powrót do Norwegii daje jej poczucie oddechu. To jej własne doświadczenie, związane z rytmem życia, w którym dziś czuje się lepiej.
Polonia w Ålesund spotyka się przy kawie
Czy Polacy są w Ålesund widoczni? Zdaniem Pauliny zdecydowanie tak. Wymienia siłownie, restauracje i sklepy. Jej własne poznawanie miejscowej społeczności zaczęło się jednak przede wszystkim od niedzielnych spotkań przy kościele.
Początkowo życie na emigracji układało się głównie wokół pracy, domu i związku. Po rozstaniu przez pewien czas nie szukała intensywnie kontaktów. Później zaczęła otwierać się na nowe znajomości.
Pomogły spotkania po mszy: kawa, ciasto, owoce i rozmowy.
- Mamy takie rodzinne spotkanie. I tam właśnie poznałam wiele wspaniałych ludzi - mówi.
Część tych znajomości przeniosła się poza niedzielne spotkania. Dziś utrzymują kontakt i widują się także przy innych okazjach.
Jej opowieść pokazuje Polonię z bliskiej, codziennej perspektywy. Wspólny stół i czas na rozmowę pomogły jej poznać ludzi, z którymi mogła dzielić doświadczenia życia w Norwegii.
Praca dla kobiet: jej doświadczenia z kilku branż
Paulina pracowała w Norwegii przy wykończeniach i sprzątaniu, a obecnie - jak mówi w wywiadzie - zajmuje się transportem.
Najciężej wspomina sprzątanie. Zwraca uwagę na wysiłek fizyczny i sytuacje, kiedy po wymagającej pracy uwaga skupia się na drobnym niedociągnięciu. W jej osobistym porównaniu zarówno wykończeniówka, jak i transport okazały się łatwiejsze.
Uważa, że osobie zdeterminowanej uda się znaleźć zajęcie, choć jednocześnie ocenia, że kobietom bywa trudniej niż mężczyznom. To opinia wynikająca z jej doświadczeń i obserwacji w okolicy.
Jej własna droga obejmowała kilka różnych branż. Wykształcenie graficzne nie przeszkodziło jej nauczyć się prac wykończeniowych, a później spróbować kolejnego zajęcia.
Spokój ma również mniej wygodną stronę
To, co Paulina najbardziej lubi w Norwegii, potrafi ją także zirytować. Ceni brak pośpiechu, ale gdy chce załatwić konkretną sprawę, oczekiwanie staje się uciążliwe.
W rozmowie skarży się na powolne tempo spraw urzędowych. Z jej perspektywy czekanie tygodniami, a czasem miesiącami, jest jedną z największych niedogodności życia na miejscu.
Nie rozwija jednak długiej listy pretensji.
- Nie wiem, bo ja się staram nie denerwować — dodaje.
Ruch i „Back to Yourself”
Poza pracą znajduje czas na aktywność. Wspomina siłownię, a obecnie przede wszystkim pole fitness, stretching i zajęcia taneczne, w tym heels.
Prowadzi również profil na TikToku pod nazwą „Back to Yourself”, którą tłumaczy jako powrót do siebie. To właśnie tam prowadzący rozmowę z Radia Wataha trafił na nią po raz pierwszy.
Ten powrót do siebie pasuje do historii, którą opowiada: zmiany pracy, poznawania ludzi po rozstaniu i układania codzienności w miejscu, do którego pierwotnie przyjechała tylko na chwilę.
Na razie nie zapowiada większych zmian. Nie mówi też, że zna już odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące swojej przyszłości. Wie natomiast, że gdyby mogła cofnąć się do momentu wyjazdu, ponownie wybrałaby Norwegię.
- Według mnie wszystko dzieje się po coś i na pewno działa na naszą korzyść. Zawsze wychodzę z takiego założenia.
Artykuł powstał na podstawie rozmowy Radia Wataha z Pauliną mieszkającą w Ålesund. Wypowiedzi uporządkowano redakcyjnie, zachowując ich sens.





