Czasami najbardziej kochamy tych, przy których najbardziej cierpimy.
Tęsknimy za człowiekiem, który nas rozczarowuje.
Czekamy na wiadomość od osoby, która potrafi milczeć przez kilka dni.
Wracamy do kogoś, kto raz daje nam poczucie, że jesteśmy najważniejsi na świecie, a chwilę później sprawia, że zaczynamy zastanawiać się, czy w ogóle coś dla niego znaczymy.
I wtedy przychodzi pytanie:
Dlaczego?
Dlaczego człowiek, który daje nam tak mało spokoju, potrafi zajmować tak dużo miejsca w naszej głowie?
Dlaczego czasami łatwiej odejść od kogoś, kogo już nie kochamy, niż od osoby, którą kochamy bardzo, ale przy której coraz częściej cierpimy?
Magdalena Feminine Movement w swoim kolejnym tekście nie szuka jednej diagnozy ani prostego hasła.
Próbuje spojrzeć na to trochę inaczej.
Bo serce nie zawsze przywiązuje się do tego, co jest dla nas dobre.
Czasami przywiązuje się do tego, co jest nam znajome.
Do tego, czego bardzo pragniemy.
Albo do nadziei, że kiedyś wreszcie dostaniemy od drugiej osoby to, na co czekamy od początku.
Mylimy intensywność z głębią miłości
Silne emocje robią wrażenie.
Kiedy ktoś raz jest bardzo blisko, a później nagle się oddala, zaczynamy o nim myśleć jeszcze więcej.
Analizujemy rozmowy.
Wracamy do wiadomości.
Zastanawiamy się, czy powiedzieliśmy coś nie tak.
Czekamy.
A kiedy druga osoba znowu się pojawia, przychodzi ogromna ulga.
I właśnie tę ulgę bardzo łatwo pomylić z dowodem wielkiej miłości.
„Skoro tak bardzo za nim tęskniłam, to musi być coś wyjątkowego”.
„Skoro jej brak tak bardzo boli, to znaczy, że naprawdę ją kocham”.
Być może kochamy.
Ale intensywność emocji sama w sobie niczego jeszcze nie rozstrzyga.
Czasem wynika z miłości.
Czasem z niepewności.
Czasem z lęku przed odrzuceniem.
A czasem z ciągłego zastanawiania się, czy jutro druga osoba nadal będzie obok.
Miłość nie musi przypominać emocjonalnej huśtawki, żeby była prawdziwa.
Nie musi odbierać nam snu, spokoju i poczucia własnej wartości.
Czasem zakochujemy się również w tym, kim ktoś mógłby być
To jeden z najtrudniejszych momentów.
Bo człowiek, którego kochamy, może mieć wiele dobrych cech.
Możemy naprawdę widzieć w nim dobro.
Pamiętamy pierwsze rozmowy.
Pierwsze spotkania.
Czułość.
Obietnice.
Moment, w którym wydawało się nam, że właśnie zaczyna się coś niezwykłego.
I później, nawet kiedy rzeczywistość zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, nadal nosimy w głowie tamtego człowieka.
Albo przyszłą wersję człowieka, którego mamy obok.
Myślimy:
Jeszcze się otworzy.
Jeszcze zrozumie.
Potrzebuje tylko trochę czasu.
Kiedy uporządkuje swoje sprawy, wszystko się zmieni.
Kiedy przestanie się bać bliskości, będzie inaczej.
Kiedy zobaczy, ile dla niego zrobiłam, zacznie się starać.
I bardzo łatwo wtedy zacząć kochać bardziej możliwość niż rzeczywistość.
Możemy dostrzegać czyjś potencjał.
Możemy wierzyć, że człowiek jest zdolny do zmiany.
Ale potencjał nie jest tym samym co gotowość.
To, kim ktoś mógłby kiedyś zostać, nie zawsze jest tym, kim jest dla nas dzisiaj.
Dlaczego tak bardzo chcemy zostać wybrani?
Czasami największego głodu miłości doświadczamy właśnie tam, gdzie dostajemy jej najmniej.
Kiedy ktoś daje nam niewiele uwagi, zaczynamy starać się bardziej.
Kiedy się oddala, próbujemy znaleźć sposób, żeby znów się zbliżył.
Kiedy nas rani, szukamy wyjaśnienia, które pozwoli jeszcze raz uwierzyć:
Następnym razem będzie inaczej.
Nie zawsze wynika to z braku szacunku do siebie.
Czasem stoi za tym bardzo ludzka potrzeba.
Chcemy zostać zauważeni.
Wybrani.
Docenieni.
Chcemy poczuć:
„Jestem dla niego wystarczająca”.
„Jestem dla niej wystarczający”.
I wtedy relacja zaczyna być czymś więcej niż związkiem z drugim człowiekiem.
Staje się egzaminem z naszej własnej wartości.
Jeżeli sprawię, że mnie wybierze, udowodnię sobie, że jestem wart miłości.
Tylko czy naprawdę musimy przekonać do siebie osobę, która nie potrafi dać nam tego, czego potrzebujemy?
Czy fakt, że ktoś nie umie stworzyć z nami bezpiecznej relacji, naprawdę oznacza, że z nami jest coś nie tak?
Empatia potrafi zatrzymać nas na bardzo długo
Wrażliwi ludzie potrafią świetnie tłumaczyć innych.
On miał trudne dzieciństwo.
Ona została kiedyś zdradzona.
On boi się bliskości.
Ona nie potrafi mówić o emocjach.
On potrzebuje czasu.
Ona po prostu inaczej okazuje uczucia.
I często część tych zdań jest prawdziwa.
Ludzie rzeczywiście noszą ze sobą własne historie.
Mają rany.
Lęki.
Mechanizmy obronne.
Nie każdy, kto nas rani, robi to świadomie.
Ale tutaj pojawia się bardzo ważne pytanie.
Czy rozumienie przyczyny czyjegoś zachowania sprawia, że jego konsekwencje przestają nas boleć?
Nie.
Możemy rozumieć człowieka i nadal nie zgadzać się na sposób, w jaki jesteśmy traktowani.
Możemy współczuć jego historii i jednocześnie chronić własną.
Empatia nie oznacza rezygnacji z granic.
Miłość też nie powinna wymagać, żebyśmy przez lata byli miejscem, w którym ktoś rozładowuje wszystkie swoje problemy, nie biorąc odpowiedzialności za to, co robi z nami.
Czasem bardziej boimy się straty niż cierpienia
To jest moment, o którym trudno mówić.
Bo zdarza się, że człowiek doskonale wie, że w relacji nie jest szczęśliwy.
Ale równie dobrze wie, jak bardzo boi się jej końca.
Co będzie później?
Czy zostanę sam?
Czy jeszcze kogoś spotkam?
Czy te wszystkie lata poszły na marne?
Czy naprawdę mam teraz wyrzucić wszystko, co zbudowaliśmy?
Pojawia się myśl:
„Tyle już dałam”.
„Tyle już wybaczyłem”.
„Tyle razem przeszliśmy”.
„Nie mogę teraz odejść”.
Tylko że czas, który już w coś zainwestowaliśmy, nie powinien automatycznie decydować o tym, ile kolejnych lat mamy tam zostawić.
Odejście nie oznacza, że wcześniejsze uczucia były bez znaczenia.
Nie oznacza, że wszystko było pomyłką.
Czasami oznacza po prostu:
To, co było między nami, było ważne.
Ale to, jak jest między nami dzisiaj, już nie jest dobre dla mnie.
Za kim naprawdę tęsknimy?
To pytanie potrafi zaboleć.
Kiedy związek się rozpada albo próbujemy odejść od kogoś, często mówimy:
„Tęsknię za nim”.
„Tęsknię za nią”.
Ale za czym dokładnie?
Za sposobem, w jaki ta osoba traktowała nas w ostatnich miesiącach?
Czy za początkiem?
Za pierwszymi rozmowami?
Za dotykiem?
Za wspólnymi wieczorami?
Za nadzieją?
Za przyszłością, którą zdążyliśmy sobie wyobrazić?
Czasem tęsknimy również za sobą z tamtego okresu.
Za człowiekiem pełnym ekscytacji.
Nadziei.
Poczucia, że właśnie zaczyna się coś pięknego.
Dlatego warto czasami zapytać:
Czy tęsknię za tym, jak ta osoba rzeczywiście mnie traktowała, czy za tym, jak bardzo chciałem być przez nią kochany?
To nie jest pytanie, które ma zawstydzać.
Ma pomóc oddzielić człowieka od marzenia o nim.
Miłość nie powinna wymagać utraty siebie
Każda relacja wymaga pracy.
Zdrowe związki również przechodzą trudne okresy.
Ludzie popełniają błędy.
Mówią rzeczy, których później żałują.
Czasem trzeba wybaczyć.
Czasem dać przestrzeń.
Czasem pójść na kompromis.
Ale istnieje ogromna różnica pomiędzy wspólnym przechodzeniem przez kryzys a samotnym dźwiganiem całego związku.
Między wybaczeniem błędu a wybaczaniem po raz dziesiąty dokładnie tego samego zachowania bez żadnej zmiany.
Między daniem przestrzeni a miesiącami życia w niepewności.
Między zaakceptowaniem czyichś wad a rezygnacją z własnych potrzeb.
Zdrowa relacja nie jest relacją bez konfliktów.
Jest relacją, w której obie strony potrafią zobaczyć problem.
Rozmawiać.
Przyznać się do błędu.
Naprawiać.
Zmieniać zachowanie.
I pamiętać, że uczucia drugiej osoby również mają znaczenie.
Nie potrzebujemy człowieka idealnego.
Potrzebujemy człowieka, z którym nie musimy cały czas przekonywać siebie, że kiedyś będzie dobrze.
Jak przestać lgnąć do człowieka, który nas rani?
Nie zaczyna się od postanowienia:
Od jutra przestaję kochać.
Tak emocje nie działają.
Można podjąć decyzję o odejściu i nadal tęsknić.
Można wiedzieć, że relacja była zła dla nas, a później przez wiele tygodni chcieć napisać wiadomość.
Można jednocześnie rozumieć decyzję i przeżywać stratę.
Pierwszym krokiem jest raczej uczciwe spojrzenie na rzeczywistość.
Nie tylko na najlepsze momenty.
Na przeciętny dzień.
Jak czujesz się przy tej osobie najczęściej?
Spokojnie?
Bezpiecznie?
Czy możesz powiedzieć, czego potrzebujesz?
Czy słowa idą w parze z czynami?
Czy Twoje granice są respektowane?
Czy kiedy pojawia się problem, oboje próbujecie go rozwiązać?
Czy może cały ciężar utrzymywania tej relacji spoczywa na Tobie?
To są znacznie ważniejsze pytania niż:
Jak mocno ją kocham?
Bo można kochać bardzo.
I nadal podjąć decyzję, która chroni nas samych.
Możesz kochać i powiedzieć „nie”
To być może najważniejszy fragment całej tej historii.
Nie musimy czekać, aż uczucia całkowicie znikną, żeby odejść.
Możemy tęsknić i nie wracać.
Możemy rozumieć i nie usprawiedliwiać.
Możemy kochać i postawić granicę.
Możemy życzyć komuś dobrze i jednocześnie uznać, że nie chcemy dalej budować z nim życia.
To nie jest chłód.
To nie oznacza, że przestaliśmy być wrażliwi.
To moment, w którym zaczynamy rozumieć, że własne serce również wymaga naszej opieki.
Spokój nie jest nudą
Czasem po bardzo intensywnej relacji spokojny człowiek wydaje się dziwny.
Nie znika.
Nie prowokuje.
Nie każe zgadywać.
Nie sprawia, że przez pół nocy analizujemy jedno zdanie.
Jest.
Odpowiada.
Mówi, czego chce.
Słucha tego, czego chcemy my.
I właśnie wtedy może pojawić się myśl:
„Czy tu w ogóle jest chemia?”
Być może przez lata przyzwyczailiśmy się, że miłość powinna boleć, żeby była prawdziwa.
Ale stabilność nie jest brakiem namiętności.
Spokój nie jest nudą.
Wzajemność nie odbiera miłości głębi.
Czasem dopiero przy człowieku, przy którym nie musimy walczyć o swoje miejsce, odkrywamy, ile energii wcześniej pochłaniało samo zastanawianie się, czy jesteśmy kochani.
Może pytanie jest inne
Może więc najważniejsze pytanie nie brzmi:
„Dlaczego tak bardzo kocham człowieka, który mnie rani?”
Może trzeba zapytać:
„Dlaczego tak trudno mi uwierzyć, że mogę być kochany również bez ciągłej walki o czyjąś uwagę?”
Nie trzeba zamykać serca.
Nie trzeba stawać się chłodnym.
Nie trzeba przestać wierzyć ludziom.
Nie trzeba wstydzić się tego, że kochaliśmy.
Możemy nadal być wrażliwi.
Empatyczni.
Otwarci.
Możemy mieć w sobie ogrom miłości.
Ale możemy również nauczyć się trochę uważniej wybierać, komu pozwalamy podejść do siebie naprawdę blisko.
Bo dojrzałość nie zawsze polega na tym, że przestajemy kochać człowieka, który nas zranił.
Czasami polega na tym, że przestajemy traktować własną miłość jako obowiązek pozostawania.
Nie każda miłość, którą czujemy, jest miłością, przy której powinniśmy zostać.
A czasami największym aktem miłości nie jest kolejna próba ratowania relacji.
Jest nim decyzja, żeby nie opuszczać już samego siebie. Wklejony Markdown
Magdalena Feminine Movement o miłości bez lukru
Ten tekst jest częścią rozmowy, którą Magdalena Feminine Movement prowadzi o miłości bez idealizowania jej i bez prostych recept.
Nie o tym, jak znaleźć człowieka idealnego.
Raczej o tym, jak nie zgubić siebie, kiedy bardzo chcemy być blisko drugiego człowieka.
Bo można kochać.
Można tęsknić.
Można rozumieć.
A mimo to czasami trzeba nauczyć się powiedzieć:
Kocham cię. Ale takiej relacji już nie chcę.
A Ty jak to widzisz?
Czy można naprawdę kochać człowieka i jednocześnie wiedzieć, że nie powinno się już z nim być? Ten temat będziemy rozwijać w kolejnych rozmowach Steve Joobs × Magdalena Feminine Movement. Bez gotowych recept, bez oceniania i bez udawania, że miłość zawsze jest prosta.












